Skip to main content

Botwinka na zimę

Od dawna chciałam wypróbować przepis, by najlepszy smak lata, przesmacznej botwinki zachować na dłużej i móc się nim cieszyć przez długie miesiące, kiedy tylko przyjdzie nam na to ochota. Te przetwory robiłam z bardzo młodych roślin, ale i z tych już mocno dojrzałych. Z liści, z korzenia, z buraków liściastych- wszystko sprawdza się wspaniale. Najlepiej pomieszać wszystko ze sobą, lub wybrać te części, które preferujemy. Jedno jest pewne, gorąco polecam Wam zrobienie przynajmniej kilku słoiczków, naprawdę warto.

Read More

Dżem jabłkowy z cytrusową nutą

W tym roku niektórych owoców jest aż w nadmiarze. W moim sadzie szczególnie obrodziły jabłka, zwłaszcza wczesne odmiany. Rodzina wyjechała na wakacje, a ja zostałam z tym dobrodziejstwem i nie nadążałam z rozwożeniem ich po rodzinie i znajomych. Codziennie w domu był świeży kompot, co i rusz jakaś szarlotka, a i tak nie dawałam rady ich wszystkich wykorzystać. Były takie piękne, nie mogłam pozwolić żeby się zmarnowały, więc postanowiłam zamknąć ich cudowny smak w słoikach na zimę. Postawiłam jednak, że zrobię je chociaż nieco inaczej niż zwykle moja mama, by różniły się smakiem, i tak powstał poniższy przepis, jeden z kilku, które wykorzystałam w tym sezonie.

Read More

Dżem jabłkowo-malinowy

Zabraliście się za sok malinowy? To już w zasadzie ostatni dzwonek, a tutaj znajdziecie mój przepis, prosty, sprawdzony przez lata http://www.pichceniomania.com/najprostszy-na-swiecie-sok-malinowy/

Z przygotowania tego soku pozostaje owocowa pulpa, którą fantastycznie można wykorzystać w poniższym przepisie. Jabłkowy dżemik z malinową nutą- miał być na zimowy czas, a znika podejrzanie szybko… 😉

Read More

Piwoniowa konfitura

Im bardziej zagłębiam się w temat jadalnych kwiatków i innych, często nieco zapomnianych darów łąk i lasów, tym bardziej zadziwia mnie, ile roślin marnuje się w naszym najbliższym otoczeniu. No dobrze, może nie marnują się tak do końca, kwiaty w końcu zawsze cieszą oko. Gdy wpadam do wychuchanego i wypielęgnowanego ogrodu moich rodziców, to widzę jak oni drżą i obserwują pytająco- co też tym razem zagarnę do kuchni. Wszystkie moje próby zyskują finalnie aprobatę, także od czasu do czasu faktycznie coś podkradam. Dzisiaj padło na piwonie, które w tym roku kwitną wyjątkowo pięknie. Zrobiłam 2 słoiczki na próbę, a potem to już ile się dało… 🙂

Składniki na ok. 250 ml konfitury:

  • 2 litry płatków piwonii (pełnych)
  • 1/3 szklanki wody
  • sok z połówki cytryny
  • 6 łyżek cukru
  • łyżeczka wody różanej (opcjonalnie)
Kwiaty zrywamy w słoneczny dzień, w miejscu z dala od ruchliwych ulic, by były jak najmniej zakurzone, zanieczyszczone. Każdy płatek u nasady ma jaśniejszą, czasem wręcz białą część, która jest gorzka. Trzeba ją odciąć. Możecie to robić płatek po płatku, ale ja przyjęłam inną technikę. Po prostu odcinam płatki w 1/5-1/4 wysokości kwiatu, patrząc od łodygi.

Płatki rozkładamy na papierze i odławiamy wszystkie robaczki.

Następnie trafiają do garnka. Dolewamy sok z cytryny.

Dosypujemy cukier.

Dolewamy wodę.

Płatki miksujemy na miazgę.

Najlepiej ucierać w makutrze, ale uprzedzam, że trwa to dość długo. Naczynie wstawiamy na gaz. Zagotowujemy i gotujemy wszystko na malutkim ogniu 5-10 minut. Możemy dodać wodę różaną, ale naprawdę odrobinę, przyjemnie podkręci kwiatkowatość konfitury 😉 Wyparzamy słoiczki i przekładamy doń gorącą konfiturę.

Zakręcamy, odstawiamy do góry dnem do momentu wystudzenia.

P.S. Płatki są płatkami, nie mają miąższu, konsystencja konfitury będzie więc specyficzna. Jeśli wolicie bardziej gładką teksturę dolejcie nieco więcej wody, a następnie dodajcie agaru lub choćby żelatyny. Niebawem postaram się podać dokładny przepis na taki dżem.

Fiołkowa pychota

Codziennie podziwiam budzącą się do życia przyrodę. Wśród wschodzącej, soczyście zielonej trawy, pojawiło się mnóstwo fioletowych główek, radośnie prężących się do kwietniowego słonka! Kocham fiołki! Za ich kształt, wygląd, zapach, ale także za to, że te wszystkie walory można wykorzystać w kuchni, nie tylko do dekoracji dań. Moja przygoda z jadalnymi kwiatkami zaczęła się stosunkowo niedawno. Wcześniej raczej sceptycznie podchodziłam do przepisów wykorzystujących je. Postanowiłam jednak przekonać się, czy mój dystans warto dalej podtrzymywać. Już przy pierwszych próbach zmieniłam zdanie i wsiąkłam w takie dania i przetwory bardzo. Przyznaję, że większość receptur wymaga sporo zaangażowania, czasu i cierpliwości, ale koniec końców warto! Dzisiaj przepis na fiołkowy dżem.
Składniki na ok 400 ml dżemu:
  • 80 g płatków fiołków (przynajmniej 50 g)
  • 1/2 szklanki cukru
  • 1/2 łyżeczki agaru
  • 4 łyżki soku z cytryny
  • 500 ml wody

Kwiaty zrywamy najlepiej z dala od ruchliwej ulicy. Aby uzyskać wspomnianą ilość płatków musimy zerwać około 3/4 l kwiatów- więc trochę gimnastyki przy okazji też będzie 😉 Im ich więcej, tym więcej aromatu. Kwiaty wykładamy na jasną powierzchnię, na przykład ręcznik papierowy, aby wyłapać ewentualnych, niechcianych robaczkowatych lokatorów.

Obrywamy płatki.

Przygotowanie takiej ilości bez przesadnego pośpiechu zajęła mi ok. 2 h, więc może dobrze mieć w zanadrzu dodatkową parę rąk… Płatki zasypujemy cukrem i nieco rozcieramy, by zaczęły puszczać sok.

 

Zalewamy 500 ml wody i zagotowujemy.

Dodajemy sok z cytryny.

Dzięki temu otrzymamy piękny różowy kolor.

Od tego czasu gotujemy jakieś 10 minut. Dodajemy agar.

Dokładnie mieszamy i po 3 minutach zdejmujemy z ognia. Przelewamy do wyparzonego słoiczka.

Można pasteryzować, na przykład wstawiając na 15-20 minut to piekarnika nagrzanego do 120 stopni, ale 400 ml dżemu ma szansę zginąć w tempie odwrotnie proporcjonalnym do czasu, w ciągu którego powstawał, także ja nigdy tego nie robię, tylko planuję na najbliższy czas jakieś słodkości właśnie z tym dżemem. Niebawem możecie się spodziewać przpisu 🙂

Najprostszy na świecie sok malinowy

Jestem szczęśliwą posiadaczką starej odmiany malin, które rodzą właściwie od czerwca do pierwszych mrozów. Bałam się, że zimna wiosna pozbawi mnie w tym roku dobrodziejstwa tych owoców, ale nie. Było ich całkiem sporo i cały czas czerwienią się na krzakach. Cała rodzinka pojadła więc malin, powstało z nimi kilka smakowitych deserów no i oczywiście sok. Jego prozdrowotne działanie znamy od wieków. Chyba każdy wie, że gorąca herbata z sokiem z tych owoców to pierwsza pomoc w gorączce, rozgrzewa i wspomaga odporność.


Składniki:

  • maliny
  • cukier
  • słoik i butelka w którym będziemy przechowywać sok
Z około litra malin otrzymujemy ok 250 ml soku/syropu
Moje maliny zbierane były w znanym, oddalonym od drogi miejscu.

Nie myłam ich,  jedynie starannie przebrałam i usunęłam ewentualne zanieczyszczenia. Jeśli musicie opłukać owoce- zróbcie to delikatnie.

Do umytego, najlepiej wyparzonego słoja wkładamy 4-5 łyżek malin, zasypujemy 2 czubatymi łyżkami cukru i tak aż do wypełnienia.

Zakręcamy i odstawiamy, u mnie stoją zawsze w dość słonecznym miejscu, na parapecie okna.

Już po kilku godzinach owoce zaczną puszczać sok i zmniejszy się objętość zawartości słoika.

W przeciągu 2-3 następnych dni, możecie owoce przemieszać i uzupełnić słoik nową porcją malin i cukru.

Owoce powinny stać w ten sposób około 3 tygodni. Od czasu do czasu dobrze jest otworzyć słoik i delikatnie przemieszać.

Po tym czasie przelewamy je na drobniutkie sito lub na gazę, oczywiście aby sok spływał do naczynia.

Powstały płyn przelewamy do wyparzonej butelki, zakręcamy.

Soku nie podgrzewam ani nie pasteryzuję po zamknięciu w butelkach. Cukier oraz proces w jaki powstaje sok są gwarantem jego trwałości. Przechowywałam go w ten sposób przez około 10 miesięcy i absolutnie nic się z nim nie stało. Z pozostałej owocowej pulpy możecie stworzyć konfiturę albo zalać alkoholem odstawić na jakiś czas po czym ponownie przecedzić i stworzyć pyszną malinową nalewkę 🙂

Marynowane skarby jesieni

Skoro spacerom do lasu cały czas jeszcze towarzyszą obfite zbiory grzybów, to oczywiście nie mogło być inaczej. Marynuję. Niewielkimi porcjami, ale kilka niedużych słoiczków się uzbierało, a mam nadzieję, że to jeszcze nie koniec. Mój przepis to wypadkowa podpatrzonych przepisów mojej mamy i cioci, oraz własnych przemyśleń, no i oczywiście tego, co lubię. Grzybki są średnio octowe, lecz oczywiście ocet jest wyczuwalny, przyprawy i cebulka dodają aromatu.

Składniki na 3-4 małe słoiczki:

  • 20-25 małych grzybków, ja miałam głównie podgrzybki i maślaki
  • woda
  • łyżka soli

na zalewę

  • pół szklanki octu 10%
  • szklanka wody
  • łyżka cukru
  • łyżka soli
  • 5 ziaren ziela angielskiego
  • 4-5 liści laurowych
  • pół łyżeczki czarnego pieprzu
  • spora cebula pokrojona w pióra
  • łyżka gorczycy w ziarnach
Grzyby czyścimy, maślaki obieramy. Większe grzybki możemy pokroić. Wkładamy do garnka, zalewamy wodą i solimy. Gotujemy.

Od momentu zagotowania się wody, gotujemy 10 minut.

Odcedzamy, przelewamy zimną wodą, by skutecznie przerwać proces gotowania.

Wszystkie składniki zalewy mieszamy ze sobą i wstawiamy na gaz do zagotowania.

W międzyczasie wyparzamy słoiczki. Następnie układamy w nich grzybki.

Jak tylko zalewa zacznie się gotować, łyżką cedzakową wyławiamy cebulkę i przyprawy, układamy je na wierzchu grzybków.

Następnie płynem zalewamy zawartość słoiczków.

Zamykamy na gorąco. Gotowe.

Dżem z owoców czarnego bzu

Doskonale pamiętam jak w dzieciństwie upominano mnie, bym nie ważyła się zjeść owoców czarnego bzu, które kusiły jesienią- miały być bowiem trujące. Teraz już wiem, że trujące są, ale zielone i na surowo. Przetworzone nie stanowią zagrożenia, a powiem więcej- są bardzo zdrowe. Mają właściwości napotne, moczopędne, przeciwbólowe, oczyszczają organizm z toksyn, a w związku z tym mogą mieć także działanie lekko przeczyszczające. Mogą pomóc zatem zwalczyć gorączkę, kaszel, wzmocnić odporność, a także pomóc w nerwobólach i rwie kulszowej. To tyle zachwalania. A nie, jeszcze jedno- sok czy dżem przyrządzone z tych czarnych soczystych jagód jest bardzo smaczny. Dzisiaj przepis na dżem.

Składniki:
  • 1,5 kg jagód czarnego bzu
  • 0,5 kg cukru
  • Opcjonalnie cytryna i woda różana.
Owoce czarnego bzu zrywamy w kiściach.

Muszą być czarne, bardzo dojrzałe, jednak nie pomarszczone. Takie owoce będą z łatwością odchodziły od gałązek. Te pomarszczone też w sumie nie są złe, ale są bardzo miękkie i ciężko będzie je odrywać. Proponuję założyć rękawiczki i przystąpić do dzieła. Zadanie wydaje się żmudne, ale w rzeczywistości oderwanie jagód by pozyskać te 1,5 kg zajmuje około 15-20 minut. Także też bez przesady.

Owoce opłukujemy. Dobrze jest wrzucić je do garnka i zalać wodą, przemieszać- dzięki temu na wierzch wypłynie większość zanieczyszczeń.

Umyte i odcedzone owoce zasypujemy cukrem, mieszamy i zagotowujemy.

Szybko puszczają sok. Zmniejszamy ogień i pod przykryciem gotujemy jakieś 30 minut. W ten sposób przygotowane owocki przelewamy na sito.

Sok zlewamy do butelek. Szczegółowy przepis na sok z owoców czarnego bzu znajdziecie tutaj. Owoce studzimy i miksujemy, na przykład za pomocą ręcznego blendera.

Następnie przesmażamy je jeszcze jakieś 10 minut dodając nieco cukru- jeśli to konieczne. Dla mnie dżem był już wystarczająco słodki.

Gorący przekładamy do wyparzonych słoików. Szczelnie zamykamy i odstawiamy do lekkiego przestygnięcia do góry dnem.

Dżemem zapełniłam słoiki o pojemności 600 ml. Podzieliłam go na 3 części. Do jednej dodałam sok z całej cytryny, do drugiej 2 łyżki różanej wody, a trzecią zostawiłam taką, jaką była. Dzięki temu otrzymałam 3 nieco różniące się od siebie, fantastyczne smaki. Genialne także do słodzenia zimowej, aromatycznej herbaty.

Sok z owoców czarnego bzu- na zdrowie!

Soki najlepiej powstają warzone w sokowniku. Jednak nie każdy posiada takowy w domu, a ponad to, dla niewielkiej ilości owoców po prostu nie opłaca się go uruchamiać. Dlatego czasami warto przygotować sok w bardziej tradycyjny sposób. Żeby zachować jak najwięcej składników odżywczych i witamin, oczywiście najlepiej byłoby nie poddawać owoców obróbce termicznej, jednak w przypadku czarnego bzu jest to konieczne. W ten sposób pozbywamy się toksycznej sambunigryny, która doprowadzić może do zatrucia. Odpowiednio przygotowany sok z czarnego bzu ma bardzo korzystny wpływ na nasze zdrowie. Dla tych cennych prozdrowotnych właściwości i dla smaku- warto sobie go przygotować i sięgać po niego choćby w przypadku przeziębienia, czy bólu. Działa bowiem przeciwgorączkowo, przeciwbólowo i przeciwzapalnie, wspomaga zwalczanie męczącego kaszlu.


Składniki na około litr soku:

  • 1,5 kg owoców czarnego bzu
  • 0,5 kg cukru + 0,5 szklanki cukru
Owoce czarnego bzu zrywamy w całych kiściach.

Muszą być czarne, bardzo dojrzałe. Takie owoce będą z łatwością odchodziły od gałązek. Proponuję założyć rękawiczki i przystąpić do dzieła. Zadanie wydaje się żmudne, ale w rzeczywistości oderwanie jagód by pozyskać te 1,5 kg zajmuje około 15-20 minut.

Owoce wrzucamy do garnka i zalewamy wodą.

Dzięki temu na wierzch wypłynie większość nieproszonych zanieczyszczeń.

Umyte i odcedzone owoce zasypujemy cukrem, mieszamy i zagotowujemy.

Szybko puszczają sok. Zmniejszamy ogień i pod przykryciem gotujemy jakieś 30 minut. W ten sposób przygotowane owocki przelewamy na sito.

Oddzielony od owoców sok podgrzewamy, ja uznałam, że sok trzeba dosłodzić i dodałam jeszcze jakieś pół szklanki cukru.

Gorący zlewamy do butelek, słoików, zamykamy.

Gotowe.

Oczywiście odcedzone owoce też dadzą się wykorzystać… niebawem przepis- śledźcie bacznie moje wpisy!

Syrop z “mimozy”

Mój świat od dzisiaj już nie jest taki sam… Za oknem pierwsze oznaki nadchodzącej jesieni, a ja, opatulona bluzą i szalikiem, spacerowałam po okolicy, podśpiewując pod nosem o mimozach, którymi to zaczyna się jesień… Pomyślałam- piękne to to, żółte takie, takie zioło, pewnie da się zjeść. Wróciłam do domu i zaczęłam szperać w książkach i internecie. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że owe mimozy to nie mimozy, a nawłoć! Pan Tuwim pisząc “Wspomnienie” miał na myśli właśnie nawłoć, którą jedynie zwyczajowo nazywa się polską mimozą. Tak czy siak, jest to bardzo wartościowa roślina, jak to mówią- jest bardzo dobrym surowcem zielarskim. Ma właściwości, między innymi, moczopędne, przeciwzapalne, przeciwzakrzepowe. Można stosować ją jako środek do dezynfekcji ran, czy też w celu wzmocnienia naczyń krwionośnych i odporności organizmu. Dzisiaj proponuję Wam syrop, który dodany do herbaty, umili niejeden chłodny, jesienny wieczór, a do tego może mieć korzystny wpływ na Wasze zdrowie 🙂

Składniki na około 1,5 litra syropu:

  • około 20 nawłoci
  • 1,5 cytryny
  • 2 szklanki cukru
  • 1,5 litra wody
Zaczynamy, oczywiście, od zebrania surowca. Dobrze, żeby zrywana przez nas nawłoć rosła z dala od bardzo ruchliwych dróg. Wybieramy te średnio rozwinięte, nie powinny być ciemno żółte- przekwitające.

Musimy oderwać kwiaty od łodyg. Chwytamy każdą łodyżkę z kwiatami u nasady

i lekko zaciskając na niej palce pewnym ruchem przesuwamy ku końcowi.

Oczywiście robimy to nad naczyniem, w którym będziemy przygotowywać syrop. Nie martwcie się jeśli razem z kwiatami do garnka trafią małe listki lub łodyżki- kilka nie zaszkodzi, większa ilość mogłaby dodać nieprzyjemnej goryczy. Objętościowo powinniśmy uzyskać około 800-1000 ml kwiatów.

Zagotowujemy wodę. Zalewamy nią kwiaty.

Mieszamy, przykrywami i odstawiamy do wystygnięcia. Następnie odcedzamy.

Wyciskamy sok z cytryny.

Dodajemy do naparu.

Mieszamy z cukrem i zagotowujemy.

Gorący syrop przelewamy do czystych, najlepiej wyparzonych butelek lub słoików. Syrop, jak to syrop, jest słodki, ma lekko ziołowy smak. Picie aromatycznej herbaty z jego dodatkiem przenosi nas na jesienną, rozgrzaną słońcem, pachnącą łąkę.